Początek końca#2

Rozdział II
Spotkanie

Założyli mi kajdanki i kazali iść przed siebie. Zaprowadzili mnie do jakiegoś pokoju, zapewne przesłuchań. Kazali mi usiąść po czym wyszli i zamknęli drzwi na klucz. Byłem tam całkiem sam, nie licząc dwóch krzeseł, stołu i drzwi.


Nie minęło dużo czasu, a przed moimi oczami pojawił się Bóg trzymając kawę w ręku.
-Młody, musisz mi pomóc, wiem że we mnie nie wierzysz, ale jeżeli nie zareagujesz teraz, to mój syn zginie. Naziście chcą go skazać na śmierć, a to jeszcze nie ta pora! Nie osiągnął on jeszcze odpowiedniego wieku.-Powiedział zrozpaczony Bóg i uderzył ręka w stół, wylewając pół kawy.
-Rozumiem...tylko jak ja niby mam mu pomóc, przecież nie wiem nawet gdzie on jest.-odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
-Obecnie przebywa na sali sądowej, po drugiej stronie miasta...proszę wymyśl coś i go uratuj-powiedział  i zniknął. Po chwili do sali wszedł jakiś mężczyzna z krótkim wąsem.
-To ty jesteś naszym gościem?-spytał po niemiecku. Nie znałem zbyt dobrze tego języka, więc przytaknąłem jedynie głową. Liczyłem jedynie na to, że zbyt mocno się nie naraziłem.
-Znasz język władców?-spytał głaszcząc się po wąsiku. Kiwnąłem głową w znaku zaprzeczenia.
-Smutne...ale cóż, nie każdy rodzi od razu rodzi się aryjczykiem, chociaż ty masz blond włosy i niebieskie oczy-powiedział tym razem w moim języku.
-Słuchaj, po co tu przyszedłeś...skoro nie znasz nawet naszego języka?-spytał po irytowany.
-Szukam pomocy, schronienia, czegoś do jedzenia, trochę amunicji i takich tam rzeczy. -odpowiedziałem i klepnąłem w swoją broń.
-Masz przy sobie spluwę, nie odebrali ci jej...a to idioci-powiedział zdenerwowany nazista.-Połóż ją tu na stole.-Posłuchałem się i położyłem broń na blacie. Wątpię by to była dobra decyzja, muszę zapamiętać by trzymać język za zębami.
-Bardzo dobrze, możemy teraz kontynuować naszą rozmowę. Rozumiem, że przyszedł pan tu po zapasy...
-Tak, właśnie po to przyszedłem.

-I myśli pan sobie...że my to panu damy?-Zaczął się śmiać i powoli sięgać po mój pistolet-Prędzej kulkę w łeb zarobisz- Nie zamierzałem czekać na to co się wydarzy, złapałem szybko za swoją spluwę i wycelowałem mu prosto w głowę.
-Siedź i się nie ruszaj...a i daj klucz, żebym wyszedł-powiedziałem, dalej trzymając go na muszce.
-Eee...Straż!-krzyknął po czym strzeliłem mu w głowę...przestraszyłem się i dalej nie miałem kluczy. Zacząłem go przeszukiwać, aż w końcu odnalazłem to czego szukałem. Otworzyłem drzwi i wyszedłem z pokoju. Przed wyjściem, zamknąłem szczelnie drzwi, a klucz schowałem do kieszeni. Ruszyłem przed siebie w stronę sądu. Udawałem przed nazistami jakby wszystko było okej. Nie minęło dużo czasu, a ja stałem już przed budynkiem. Otworzyłem powoli drzwi i usłyszałem wyrok.
-Panie Joshu Huger jest pan skazany na śmierć przez powieszenie-Powiedział sędzia.
-Jakim kurde prawem mnie na to skazujecie?, nic przecież nie zrobiłem-powiedział broniąc się mężczyzna.
-Jesteś żydem, a to jest już sporą winą. Przez was przegraliśmy pierwszą wojnę światową. Przez was nasze państwo głodowało...przez was było u nas źle-odpowiedział podnosząc głowę do góry mężczyzna.
-Ale co ja mam do tego?-spytał Josh
-Jesteś żydem...a takich należy zabijać-powiedział sędzia-wyprowadzić go!
-Ja to zrobię...-Powiedziałem i wszedłem do sali strzelając sędzi w głowę.-Znikajmy stąd!-powiedziałem do mężczyzny


-Dlaczego?Kim jesteś?-spytał zdziwiony mężczyzna.
-Nie pytaj...potem ci wszystko opowiem!-powiedziałem i nad moją głową przeleciał grad kul. Zaczęliśmy biec w stronę wyjścia z miasta. Po opuszczeniu miasta, mężczyzna spytał z poważną miną.
-Kim jesteś? Dlaczego mnie uratowałeś?
-Twój ojciec mnie o to poprosił...jesteś Synem Bożym, tak?-spytałem i ruszyłem przed siebie, a on powoli za mną...






Popularne posty z tego bloga

Kaznodzieja: Zdarzyło się w Teksasie

Zombie SS (seria)

Początek końca#1