Początek końca#1

Rozdział 1 
Początek 

 -Kim jesteś!?-spytałem podenerwowany celując pistoletem w faceta który przed chwilą co pojawił się przed moimi oczami.
-Czego ty ode mnie chcesz? Dlaczego mnie do cholery śledzisz?!-Spytałem, będąc już blisko pociągnięcia za spust.

Nie usłyszałem jednak żadnej odpowiedzi, człowiek nie podniósł nawet rąk do góry. Nie wiedziałem w jego oczach strachu, nie bał się. Wiedział, że jak będę chciał strzelić to i tak to zrobię. Pytanie jednak brzmi kim on był i czy w ogóle stał obok...może to tylko moja chora wyobraźnia. Po tym co przeżyłem wszystko było możliwe. Nagle jednak  powoli się odezwał
-Bóg ma dla ciebie zadanie-Zatkało mnie po tym co usłyszałem, jaki Bóg...gdyby ON istniał to na ziemie nie spadło by to wszystko, to chyba oczywiste. Przynajmniej dla mnie.
-O czym ty człowieku do mnie mówisz? Boga nie ma! Jesteśmy sami!-Wykrzyczałem mu to prosto w twarz, dalej w niego celując. Zdenerwowało mnie to co powiedział, bałem się jednak strzelić mu w głowę, mogłem przecież sprowadzić na siebie stado nieumarłych. Nie minęło dużo czasu, a on znowu się powtórzył.
-Bóg cię kocha i ma dla ciebie zadanie...-Nie wytrzymałem i strzeliłem prosto w twarz. Nagle mężczyzna zniknął. To było strasznie dziwne...może to naprawdę było jakieś przesłanie.









Nie miałem jednak czasu, żeby się nad tym zastanawiać, bo nagle do budynku w którym przebywałem wpadło stado krwiożerczych zombie. Za mną było okno, nie zastanawiałem się zbyt długi i przez nie wyskoczyłem. Szkło zraniło mnie lekko w ręce, ale nie zwróciłem na to uwagi. Zacząłem biec przed siebie i nagle usłyszałem głos w głowie ,,Bóg cie kocha i ma dla ciebie zadanie, zostaniesz opoką ludzkości...” Te słowa były mocne. Nie było jednak czasu by się nad tym teraz trwożyć. Dalej biegłem przed siebie, aż zauważyłem wejście do kanalizacji. To mógł być mój ratunek. Odsunąłem pokrywę i zacząłem schodzić po drabinie. Podczas schodzenia zacząłem się zastanawiać nad słowami, które usłyszałem. Było to dla mnie niemożliwe, żeby Bóg chciał kogoś tak marnego jak ja na opokę. Nie jestem przecież nawet w połowie podobny do Piotra, by na to zasłużyć. Minęło kilka minut i byłem już na samym dole. Puściłem drabinę i zacząłem iść przed siebie. Było strasznie ciemno, a pod nogami miałem różne rzeczy o których nie chciałbym nikomu mówić. Szedłem tak przez jakiś czas i nagle coś mnie oświeciło. Zobaczyłem stół przy którym siedział jakiś starszy jegomość z brodą.
-Kim jesteś?-spytałem przerażony, powoli wyciągając broń z kabury.
-Jestem twoim Bogiem-odparł mężczyzna i podszedł do mnie, podając mi rękę- A ty zapewne jesteś John, zgadłem?-spytał żartobliwie.
-Okej...-odparłem i o mało nie straciłem równowagi. Zacząłem się bać...
-Skoro się rozumiemy, to przejdźmy do sedna sprawy...Mam dla ciebie propozycję, a tak na poważnie to zadnie, które powinieneś w miarę szybko wykonać-Zaczął mówić i nagle przed moimi oczami ukazał się mężczyzna przebywający w jakiejś celi
-To jest Josh Huger...jest bardzo dobrym człowiekiem i może ci pomóc w wykonaniu twojej misji.-Powiedział to i rozpłynął się w powietrzu.
-Czekaj! Jakiej misji?!-krzyknąłem za nim...miałem do niego jeszcze kilka pytań. Ja przecież nie wierzyłem w Boga, więc jakim cudem ten ktoś ukazał się moim oczom. Albo jestem chory, albo chodzi tu o coś więcej, a ja muszę to zrozumieć. Usiadłem na ziemi i zacząłem się zastanawiać, po co mi pomoc jakiegoś obcego faceta...W końcu doszedłem do wnioski, że spróbuję go znaleźć, ale na razie muszę poszukać czegoś do jedzenia. Wstałem i ruszyłem przed siebie. Nie minęło dużo czasu a zobaczyłem światło lamp. Trafiłem do jakiegoś podziemnego miasta. Było piękne jak na swoje położenie. Byłem już przed wejściem, gdy nagle pojawili się jacyś żołnierze.
-STAĆ!-krzyknęli i wycelowali w moją stronę swoje AK-47. Zacząłem się bać, całe życie nagle przeleciało mi przed oczami. To nie mógł być mój koniec...


Popularne posty z tego bloga

Kaznodzieja: Zdarzyło się w Teksasie

Zombie SS (seria)

Dead Rising 3